środa, 19 września 2012

Indie 2012 - Wycieczka 3. - Agra i kawałek Delhi


11.09.2012
W naszym domu mieszka nowa dziewczyna - Leny z Peru. Udało nam się przespać kilka godzin a tu Lana wyskakuje z pomysłem, że jedziemy wieczorem do Agry. Lana miała wyjechać tam wcześniej, ale czekała na nas i zmieniła swój plan powrotu. Słodko z jej strony. Tak wiec, ogarnełysmy się, pojechałyśmy do miasta wymienić pieniądze oraz ogarnąc kiedy mamy busa. Zaryzykowałam po raz kolejny - zamówiłam chai na dworcu. Cóż mogę rzec - pycha <3 Okazało się, że o 21 mamy busa do Delhi, stamtąd przesiadka do Agry. I znów łącznie jakies 11 godzin jazdy. Stawiłyśmy się punktualnie, pan kierowca ruszył mniej punktualnie, ale ważne, że ruszył. W czasie jazdy mieliśmy jak zwykle postój w miejscu gdzie można kupić coś do picia, jedzenia. Oczywiście są to same budki lub lekko zadaszone miejscówki. Eh i zaryzykowałam po raz kolejny - kupilam świeżo wyciskany sok z budki. Ananasowy, całkiem niezły, ale bardziej było czuć pomarańcze.


O 2 w nocy znalazłyśmy sie w Delhi. Wyobrażałam sobie, że pojawimy się na dużym,  porządnym dworcu, oh jak ja się myliłam. Miejscem, z którego mieliśmy dalej jechać do Agry była ulica pod estakadą/mostem. Dookoła śpiący ludzie, tuk tuki i kierowcy nawołujący do busów.


Tu umówiłyśmy się z chłopakami, którzy już od kilku dni byli w Delhi i mieli jechać teraz  z nami do Agry. Po małych kłopotach z odnalezieniem się i przetrzymywaniem busa ruszyliśmy do Agry przed 3.

12.09.2012
W Agrze zjawiliśmy się w środę lekko po 7. Wzięliśmy tuk tuk i wylądowaliśmy na uliczce prowadzącej do Taj Mahal. Oczywiście pełno naganiaczy, że pamiątki, że nas poprowadzą i inne takie. Gdy dotarliśmy do bramy głównej przyczepił się Hindus, który pragnął być naszym przewodnikiem. Pokazywał licencje, opowiadał o swoim doświadczeniu, że nikt nas tak nie oprowadzi i nie przekaże tylu informacji. Na to chłopcy odpowiedzieli, że jeden z nich jest pół Hindusem, więc też wie wszystko i nie potrzebujemy przewodnika. Nie było łatwo, ale pozbyliśmy się go.
Ceny dla turystów są powalające. Wstęp do Taj Mahal dla Hindusów wynosi 20 rupii, natomiast dla turystów 750 rupii. WTF ? No właśnie. Za to gratis butelka wody i takie woreczki na buty jak w szpitalach, przynajmniej nie musieliśmy zdejmowac butów.


W końcu przekroczyliśmy bramę, osobista rewizja i znaleźliśmy się w środku terenu, na którym znajduje sie Taj Mahal. Teren ogrodzony z 4 bramami, na każdą stronę świata.


W końcu zobaczyliśmy w oddali Taj Mahal.


Szczerze mówiąc, nie mogłam w to uwierzyć. Serio? Jestem tak blisko? No way. I zaczęło sie pstrykanie fotek. Mieliśmy szczęście, że pojawiliśmy się tak wcześnie, bo nie było jeszcze tlumów, ale żeby stanąć w strategicznym miejscu do pozowania trzeba odczekać swoje. Eh, zachwyty i uśmiechy. Ruszyliśmy w stronę Taj Mahal. 




Przed wejściem do Taj Mahal musieliśmy pstryknąć ostatnie zdjęcia, gdyż w środku robienie zdjęć jest zabronione. Wewnątrz znajdowały się 2 trumny otoczone marmurowym parawanem. Mało do oglądania, ale poczucie, że jest się w jednym z 7 Cudów Świata jest mocne. Niestety nie próbowałam echa, gdyż dowiedziałam się o nim już po wizycie. Po wyjściu z Taj Mahal czas na kolejne sesję, skakanie i inne dziwne rzeczy, które robią tu turyści.



Kolejna decyzja po Agrze to powrót do Delhi i znalezienie lokalnego marketu - Janpath. Póki się dokulalismy busem do miejsca (cholerne korki. Delhi jest rozkopane i zakorkowane jak Katowice, seriously, czułam się prawie jak w domu).



Potem tuk, tuk i kolejne korki. Kierowca nie wiedzial gdzie jedzie, kilka razy pytal o droge. Zabrał nas w 2 miejsca, które okazały się być 'drogimi' miejscami. (Ekhem, no co prawda nie były tak naprawdę drogie, ale takie same rzeczy można kupić na 'bazarze' za połowę ceny). W końcu zdecydowaliśmy, że idziemy coś zjeść, bo jesteśmy głodni i najpierw trzeba cos zjeść, a nie użerać się z kierowcami na głodnego. Po odwiedzeniu Maca (god, forgive me) zaczęliśmy pytac o droge do Janpath. Hallelujah, udało sie, facet wiedział gdzie to i znaleźliśmy sie na miejscu. Mieliśmy tylko lekko ponad godzine bo zamykają o 22. Ciuchy, dodatki, akcesoria, wszystko i napastliwi sprzedający - "Madam, come inside, look. Do you want it ? Do you like it ? It's your size."
Perełka z targowiska: "You like it madam? I have the same pattern but plain". :D

I piękna rozmowa z jednym ze sprzedawców:
- Madam, do you want wallet? Nice wallet, good price.
- Is that leather ?
- Yes madam, pure leather. Do you need a proof, i can show you.
I wyciągnął zapalniczkę podpalając portfel.
- No, that's bad. The animals were killed for the wallet
- Nooo madam! It's synthetic leather!
MAGIC ! Pure leather - Puff - Synthetic leather. Takie rzeczy tylko tutaj.

Mieliśmy za mało czasu na ogarniecie wszystkiego, ale obiecałyśmy sobie, że wrócimy tu za jakieś 2 tyg. na shopping. Busa miałyśmy ok. 21.30 z Kashemere Gate. Znów postój i kolejny sok, tym razem mango. Był cudowny, facet dorzucił rodzynki, kruszone orzechy i kandyzowane owoce. Zmarłam. Po kilku godzinach znalazłyśmy się w blisko naszego domu. Była 2 w nocy, olałyśmy tuk tuki i ruszyłyśmy pieszo. Cudownie było znaleźć się w domu, włączyć AC i wziąć prysznic.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.