wtorek, 18 września 2012

Indie 2012 - Tydzień 2.

03.09.2012
Do mieszkania wróciliśmy o 6 po boju z kierowcami tuk tuków, którzy uwielbiają zawyżać cenę, szczególnie gdy napatoczy się turysta nie-Hindus, szczególnie gdy jest to środek nocy i nie masz wyjścia, musisz wziąć tuk tuk. Po targowaniu się i robieniu scen oraz małej bójce między kierowcami mogliśmy wrócić do domu. W końcu szczęśliwi zmyliśmy z siebie pierwszy brud i kurz i mogliśmy położyć się do łóżek. Po odespaniu kilku godzin zabrałyśmy się za niemożliwe zadanie - wyczyszczenie naszego pokoju oraz - uwaga, uwaga, łazienki ! Toż to wyzwanie. Łazienka w stanie zatrważającym, żółta toaleta, posadzki kiedyś białe (prawdopodobnie) obecnie miały kolor ciemno szary/ciemno brązowy. Po kilkugodzinnym boju łazienka wskoczyła na wyższy poziom czystości, wciąż niewysoki, ale ważne, że wyższy. Anthea Turner byłaby z nas dumna.

04.09.2012
I znów piękna wycieczka do sectora 17. Przyznam, że znam go prawie tak dobrze jak własne miasto. Będąc tam tyle razy nie sposób się zgubić. Oczywiście shopping, shopping. W końcu kupiłam telefon, żeby mieć jakikolwiek kontakt z innymi ludźmi. Zwykła Nokia100, ale ważne, że działa i mogę komunikować się z innymi. Potem postanowiłyśmy wybrać się do Sectora 8b, jako że polecał go nam Martin. Jest tam podobno shisha place, ciekawe sklepy i jedzenie! Ale nie było łatwo tam dotrzeć z powodu kochanego kierowcy tuk tuka. Jak zawsze na każde pytanie odpowiadają, że znają to miejsce, wiedzą jak dotrzeć. "Sector 8 b?", "ha, ha". A potem pytają innych o drogę, kluczą. Takim sposobem dotarłyśmy do Sectora 8c. Seriously man ? Podarowałyśmy sobie już zabawę z tuk tukami i zdecydowałyśmy bieżyć pieszo. Niby ten sam sector, inna literka, ale nie było to takie proste. Większość ludzi, których pytałyśmy o drogę nie miała pojęcia gdzie ów sector się znajduje. Nice. Na szczęście znalazły się osoby coś rozumiejące i wskazały nam kierunek. Przyznaje, musiałyśmy się troche nachodzić, ale trafiłyśmy w końcu. Miejsce, gdzie zawędrowałyśmy nie było zbyt imponujące, ale ważne, że było tam jedzenie. I tak zdecydowałyśmy, że konsumujemy pizze i wracamy do domu wstępując po drodze do Big Bazaar. Tam oto zdecydowałam się spróbować lodów - Kulfi. Taki mus kremowo-owocowy na patyku. Baardzo smaczne, pośród kilkunastu smaków, których nie znam/nie rozumiem zdecydowałam się na litchi. Słodziutkie i genialne, z kryształkami cukru lub też zamarzniętym kawałkiem owocu. Wyzwanie - taste all the flavours!
Tego dnia doświadczyłyśmy też po raz pierwszy braku prądu. Wszystko przestaje działać - światło, wiatraki i klimatyzacja. Masakra. Nie dość, ze nie wiadomo co robić to jeszcze dopada Cię gorąco. Na szczęście przerwa trwała TYLKO godzinę, potem wszystko wróciło do normy.

05.09.2012
Dziś odbyło się pożegnanie jednego z chłopaków ze Swastik - Takahiro. Kolację pożegnalną zorganizowali chłopcy z AIESEC w restauracji Sher-E-Punjab. Problemem z indyjskim knajpach/restauracjach/whatever jest taki, że nazwy są głównie tylko w hindi i bez wytłumaczenia co to jest, jakie są składniki. Jeśli jest się w towarzystwie znajomego Hindusa - spoko, wytłumaczy. Tak więc zdałyśmy się na chłopaków oraz instynkt i zamówiłyśmy kawałki pieczonych ziemniaków w zawiesitym ostrym czosnkowym sosie a do tego piklowane mango <3 Zdecydowałam sie w końcu spróbowac lassi, wzielam słodkie (do wyboru było też słone). Dziwny smak, ciężko jest mi go okreslić. Większosc osob mowi - it's just kind of yoghurt. Nie dla mnie. To jest coś między jogurtem, a maślanką albo kwaśnym mlekiem, lekki posmak masła. Ciężko. W kazdym razie do moich ulubionych ono nie trafia. Po konsumpcji Aiesecerzy zaproponowali, że podwiozą nas do domu. Yhy, 5 osób na motorze. Nie ma problemu, zmieścimy się, śmiało ! Jedna z dziewczyn z Maroka jeszcze nas zachęciła "yeah, it's possible. I tried that!". Confused. Wsiadamy, pokładając się ze śmiechu. Już nie wiedziałyśmy czy to prawda, czy nie. Okazało się, że był to 'motorbike prank'. How cute. Wieczorem po odczekaniu swojego na przybycie taksówek pojechaliśmy do 10 Downing Street, środowa noc - panie piją za darmo, drinki, sok, cola. Wszystko za darmo, polecam.

06.09.2012
Tego dnia odbyło się kolejne pożegnanie. Personalnie smutne, ponieważ pożegnanie Khoa, naszego współlokatora :( Spotkaliśmy się z nim oraz Valentiną, która również wraca do domu w restauracji BBQ Nation. Rewelacja z otwartym bufetem. Płaci się 500 rupii i ma się wszystko. Zmarłam. Pierwszy tak potężny posiłek od kiedy tu jestem. Zaczyna się od przystawek i to ty decydujesz kiedy się one kończą przechyleniem specjalnej chorągiewki. Dopóki tego nie zrobisz kelnerzy donoszą kolejne porcje grilowanych krewetek, ryby i ananasa. Po zakończeniu przystawki nadchodzi część główna. Tyyyyyle do jedzenia, vege, non-vege, desery ! Najlepszym pomysłem na takie miejsce jest wygospodarowanie z 3h i jedzenie z półgodzinnymi przerwami. Po BBG Nation udaliśmy się na kolejne pożegnanie, tym razem Egipcjan w Buffet Hut. Zamysł ten sam, jednak płaci się mniej i jest mniejszy wybór. Tam odbyło się popularne tu rzucanie tortem/rozsmarowywanie go na twarzach oraz sesja zdjęciowa. Większość Egipcjan uwielbia robić sobie zdjęcia, jedno ułożenie, inna poza, inna mina. Pstryk, pstryk. Jeszcze ze mną, jeszcze z kimś innym, jeszcze w tym miejscu. Ile można ?
Ustaliliśmy w końcu plan na weekend. Wyruszamy w góry! Himalaje!

07.09.2012
Dzień zdominowany przez dogadywanie się w kwestii wyprawy w góry, rozminianie, którym busem pojedziemy, gdzie się zatrzymamy etc.
W końcu też spotkałyśmy się z Jaskiratem <3 Uwierzcie mi, trójka pojebanych ludzi spod znaku bliźniąt  to nic dobrego. Jaskirat zabrał nas do typowej, indyjskiej restauracji. Dostałam coś przypominającego omlet z warzywami, lecz miało to trochę inną strukturę. Do tego dostaliśmy coś jak sos z zielonych papryk, zawiesisty z przyprawami, który się jakby popija oraz sos kokosowy, ku memu zdziwieniu kwaskowaty. Jestem zakochana w tutejszym jedzeniu. Ciężko mi będzie w Polsce, jestem tego pewna.
Po obiedzie zawitaliśmy na lokalny bazar i spotkaliśmy się z naszym współlokatorem Tarkiem. Szybki powrót do domu, spakowanie się i hej! O 9 wieczorem lub też trochę później (hinduska percepcja czasu) wyruszyliśmy do Manali.

Jak widać post jest nudny, brak w nim zdjęć, ale byłam tak zafascynowana m.in. jedzeniem, że pstrykanie zdjęć było ostatnią rzeczą, o której mogłam wtedy myśleć. Następna wizyta w BBQ Nation - będą focie. Na zadośćuczynienie wrzucam krówki <3


0 komentarze:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.