środa, 19 września 2012

Indie 2012 - Wycieczka 2. - Manali


08.09.2012
Przybycie do Manali zajęło nam trochę czasu, pojawiliśmy się tam dopiero około 6 nad ranem. Wszystko z powodu górskich, wąskich tras oraz cudownych lokalnych busów. Jedną z mniej miłych atrakcji była wizyta w publicznej toalecie podczas jednego z postojów. Eh te indyjskie toalety.


W środku nocy usłyszeliśmy strzał/odgłos jakby bus załapał gumę, ale nic to jechaliśmy dalej z jakieś pół godziny. Potem bus stanął i zarządzili zmianę busa. Zabraliśmy swoje rzeczy i wsiedliśmy do kolejnego busa. Jakie było zdziwienie gdy okazało się, że bus przecieka. Na zewnątrz leje deszcz i wpada nieszczelnymi oknami do środka. Jedyne wyjście - rozłożyć parasol. Tak więc aż do Manali (czyli jakieś 2-3h) siedziałyśmy pod parasolem. 
Manali przywitało nas takim widokiem <3


Na miejscu było mokro i zimno. Cóż, byliśmy w górach. Znaleźliśmy polecaną miejscówkę - guest house Little Italy, wzięliiśmy klucze i położyliśmy się spać. 



Po pobudce wybrałyśmy się na zwiedzanie, nasza część to Old Manali znajdujące się powyżej rzeki i ogólnie lekko wyżej na wzniesieniu. New Manali to centrum z dworcem autobusowym i mnóstwem sklepików i handlarzy. 





Tu też zdecydowałam się pierwsze skosztowanie słodyczy z budki ulicznej. Jedno słowo - amazing.


W końcu należało skonsumować coś konkretnego. Wróciliśmy do Little Italy i skierowaliśmy się do  restauracji, która nas nie rozczarowała, wręcz przeciwnie. 



Menu było tak bogate, że ciężko było coś wybrać. Olałam jedzenie europejskie, chińskie, wszelkie ryże i makarony, pizze i przeszłam do części z jedzeniem indyjskim. Będąc zakochaną w serze Paneer wybrałam danie z nim. Nie wiedziałam co tam jeszcze będzie, ale zamówiłyśmy obowiązkowo do tego chapati i chai. Okazało się, że był to ser w zawiesistym kremowo pomidorowym sosie. Niebo w gębie. Totalnie.



Podczas kolacji zapoznaliśmy się z jednym z pracowników, który cierpliwie znosił nasz zachcianki i spełniał prośby o puszczenie dobrej hinduskiej muzyki. Dodatkowo zrobiliśmy sobie sesję z córką jednego z pracowników.


09.09.2012
Nadeszła niedziela. Wczesna pobudka, o 9 czekał już na nas jeep by zabrać nas w góry na paragliding! Jechaliśmy ponad godzinę podziwiając piękne widoki. 




W końcu pojawiły się śnieżne szczyty.


Teraz czekało nas dotarcie na górę. Wybraliśmy wjazd kolejką, bo za daleko na nogach a jazda na koniach została nam odradzona z powodu takiego, że jest to dość niebezpieczne.Najpierw dotarliśmy do pewnego punktu, potem przeszliśmy przez równinę, by potem 'zejść' w dół. 'Zejść' ponieważ był to raczej zjazd na dupie. Podłoże śliskie, bajoro i mokre rośliny. Nikt nie ocalał, wszyscy byliśmy wysmarowani błotem.



W końcu dotarliśmy do celu naszej wędrówki. Skarpa, z której mieliśmy skakać.



No to siup, przyszła i pora na mnie. Ciężki plecak, zapięcie wszelkich możliwych pasów, przypięcie się do instruktora i biegniemy! Hyc i jesteśmy w powietrzu. Przy pierwszym zrywie w dół mój żołądek przypomniał mi o sobie. Na szczęście było to chwilowe i mogłam rozkoszować się lataniem i podziwianiem widoków.





Gdy już wszyscy ochłonęli zebraliśmy się do domu. Znów jeepem, niestety w połowie drogi musieliśmy wysiąść ponieważ ścieżyna zwana naszą drogą była nieprzejezdna z powodu wypadku, ciężarówka z jakimiś materiałami wywróciła się i czekano na pomoc. Tak więc ruszyliśmy pieszo w cholernym skwarze.



Po powrocie zaszyliśmy się w restauracji pochłaniając kolejne pyszne dania. 
Ciekawostka, Manali jest również znane z łatwej możliwości kupienia haszu, a połowa osob, ktore sie mija wygląda jakby była na chaju. Marijuana rośnie sobie swobodnie jak każda inna roślinka.
Podczas wizyty w jednym sklepie z ciuchami i innymi pamiatkami ogladalam lufki i bonga, gdyż byly strasznie fikuśne. Sprzedawca zauważył to i spytał cicho "do you need something ?" What do you mean ? "Something to smoke ?" Dzyń, dzyń. O tak, poimprowizujmy. Nawiązałam kontakt wzrokowy z Radwą i mówię do sprzedawcy. "yeah we would like to try something, what you have?" "hash, very good." Okazało się, że hasz sprzedawany jest tu w ilości minimum 10 gram, ale "for my new friends" może przeciac na pół i sprzedać po 5 gram. Miej się nie da. 1 gram kosztuje 200 rupii, czyli mniej więcej 4 dolary. Nie znam sie na cenach w Polsce, ale wydaje sie to być bardzo tanie. Nie chciałyśmy bardziej drążyć tematu, więc stwierdziłyśmy, że musimy pogadać z innymi znajomymi, bo może oni tez chcą i jakby co to wrócimy. Czyli obyło się bez kwasu a informacje zdobyte.
Wieczorem większa część grupy ulotniła się do Chandigarhu. Zostałyśmy my z dwoma dziewczynami z Maroka i Omarem z Egiptu.

10.09.2012
Dzień spędzony totalnie leniwie. Dalsze zachwycanie się widokami, powietrzem, atmosferą.


Główną część dnia spędziłyśmy błądząc/eksplorując Nature Park. Towarzyszem naszej wycieczki był uliczny kundel, który chodził za nami krok w krok.





Po spacerze wybrałyśmy się na dworzec sprawdzić, o której mamy busa. 18.30. A do tej pory sporo czasu. Wróciłyśmy do Little Italy, do restauracji i wyłożyłyśmy się na podłodze oglądając filmy bollywodzkie z pracownikami restauracji. Totalny chill. W końcu zebraliśmy się na dworzec i wpakowaliśmy do busa. Ta noc minęła bez większych zakłóceń i byliśmy w domu jak zwykle nad ranem.

0 komentarze:

Prześlij komentarz

Obsługiwane przez usługę Blogger.