02.09.2012
Dzień pierwszej wycieczki. Po nieprzespanej nocy zebraliśmy się ok. 6 rano do Chandigarhu na dworzec autobusowy. Znaleźliśmy bus, który jedzie do Amritsaru (celu naszej wyprawy). Cudowny z klimą. Za kierownicą siedział Sikh, który prowadził ożywioną dyskusję z kolegą i co chwila wybuchał gromki śmiech obojga.
Gdy po ok. 5 godzinach jazdy dotarliśmy na dworzec, okazało się, że była tam niezła ulewa i ulice są praktycznie zatopione.
Ruszyliśmy tuk tukiem do Złotej Świątyni (Golden Temple). Wiedzieliśmy, w którym kierunku podążać, gdyż tłumy ludzi zmierzały do tego miejsca.
Na miejscu okazało się, że należy mieć coś na głowie, chustę, turban, więc zakupiliśmy słynne pomarańczowe chustki. Co więcej należy zdjąć buty, oddać je do przechowalni i boso wrócić na ulicę i podążać specjalną drogą do świątyni. Boso ? Ulicą pełną syfu i błota ? No cóż, adventure time !
W świątyni było pełno ludzi, chodzących dookoła, siedzących lub leżących w cieniu. Niektórzy obmywali się w wodzie wokół świątyni. Wielu Hindusów podchodziło i prosiło o wspólne zdjęcia. Oh fame !
Następnym celem była granica Pakistańsko-Indyjska. Naganiacz z ulicy zaoferował nam zawiezienie w 'share taxi' za bardzo przystępną cenę. Zgodziliśmy się i umówiliśmy na godzinę. Do 'taksówki' wpakowaliśmy się z hinduską rodziną. Okazało się, że w cenie jest nie tylko zawiezienie do granicy, ale również zwiedzanie innych świątyń. W każdej obowiązkowo należy zdjąć obuwie. Pierwsza: Durgiana Temple.
Po rundce w świątyni ruszyliśmy na granicę - Wagha border.
Po przejściu przez szybką i mało dokładną kontrolę (panowie i panie oddzielnie) ruszyliśmy do miejsca, w którym odbywać miał się show. Były tam tłumy, na szczęście okazało się, że dla turystów jest osobne wejście i wydzielony sektor.
Z obu stron bramy przybywało ludzi, skandowali nazwy swoich krajów, a z głośników każdego z krajów leciała ichnia muzyka. Po pewnym czasie zaczęły się biegi z flagami. Kto chciał mógł stanąć w kolejce i trzymając flagę dobiec do bramy na oczach tysięcy ludzi. Po tej części rozpoczął się pokaz z udziałem policji/straży granicznej.
Potem nastąpiło otwarcie bramy z obu stron i konfrontacja strażników.
Po zakończeniu przedstawienia wróciliśmy do taksówki. Myśleliśmy, że to już koniec i jedziemy na postój autobusów, ale nie. Niespodzianka - kolejna świątynia. Nie wchodzi się do niej od tak i idzie w byle jakim kierunku. Tu wyznaczona była trasa jak podążać. Muszę przyznać, że zachwyciła mnie. Pełno zdobień, figurek, obrazów. Te kolory ! Do tego w niektóych miejscach, należało wejść do małych 'jaskiń', w których krążyły strumienie wody.
Po tym wszystkim zostaliśmy podrzuceni na stację. Okazało się, że autobus mamy dopiero za godzinę i do tego bus lokalny, więc bez klimy. Tak więc spędziliśmy godzinę na indyjskim dworcu, zmęczeni, głodni i lepcy od potu. Marzenie każdego z nas - PRYSZNIC !
Bus okazał się być pełny, siedzenia całkiem niezłe. Przy otwartych oknach - prawie klima. Do tego kierowca zapodawał same super rytmiczne kawałki. Gorzej było ze spaniem, za mało miejsca, za bardzo rzucało. 15 minut drzemki i przebudzenie. I tak przez 5 godzin. Do Chandigarhu dotarliśmy ok. 3 nad ranem.
0 komentarze:
Prześlij komentarz