22.09.2012
W końcu dotarliśmy na miejsce o 4 w nocy. Zostaliśmy wyrzuceni na totalnym pustkowiu, przynajmniej tak to wyglądało o tej porze. Cisza i faceci śpiący w samochodach. Okazało się, że aby dostać się do centrum należy pojechać jeepem. Innej opcji nie ma. Zapakowaliśmy się do środka. No i faktycznie. Jedzie się maksymalnie pod górę. Stromo i zajebiste zakręty. Oczywiście żadnych barierek ani nic podobnego. Slalom nad urwiskiem. Totalne driving on the edge. W końcu po ponad godzinnej jeździe dotarliśmy do 'centrum'. Dalej cicho i pusto. Kilku facetów obserwuje. Znalazł się jeden, który zaprowadził nas do swojego guest house'u. Ogarnęliśmy pokoje, szału nie było, smród wilgoci za to uderzający. Wzięłyśmy klucze i położyłyśmy się spać.
Pobudka o 10. Nie można tracić czasu na spanie. Pogoda niespecjalnie miło powitała nas z rana, chmury/mgła, ale za to temperatura bardzo dobra. Można oddychać.
Najpierw śniadanie. Omlet z chlebem tybetańskim, herbata tybetańska i naleśnik z owocami. NIGDY więcej herbaty tybetańskiej. Herbata z jakimiś dziwnymi przyprawami i masłem. Posmak maślano słony, strange. Próbowałam zabić ten smak cynamonem i czekoladą, ale nie dało rady. Okropna. Za to chleb - niebo w gębie. Praktycznie grubsze i twardsze chapatii o lekko maślanym smaku.
Po śniadaniu ruszyłyśmy w góry, w stronę wodospadu. Po drodze zaliczyłyśmy bazarki, sklepiki...
A także świątynię Shivy.
Potem wspinaczka w góry. Najpierw prosta droga potem wysokie 'schodki' utworzone z popękanych kamieni. Po 5 min. wskakiwania na schodki myślałam, że zejdę. Kondycja ma się pogorszyła. Całe wchodzenie trwało z jakieś 30-40 minut. Za to widoki rekompensowały wszelkie trudy.
W końcu osiągnęłyśmy top w postaci Shiva Cafe.
Hinduscy faceci są okropni pod jednym względem. Gapią się i robię zdjęcia. Nie wytrzymałyśmy w pewnym momencie i opieprzyłyśmy ich. Poprawa nie trwała jednak długo.
Wracając spotkaliśmy mnichów buddyjskich. Akurat zaczęło padać, więc przygarnęliśmy ich pod swoje parasole i ruszyliśmy razem w stronę świątyni buddyjskiej. Przyznam, że to ciekawe uczucie spacerować sobie z pod rękę z mnichem buddyjskim :D Okazało się, że są oni uchodźcami, którym Indie dały schronienie. Mieszkają teraz w południowych Indiach, blisko Goa, a do Dharamshali przybyli by spotkać Dalai Lame. Nauki buddyjskie trwają 16 lat, potem mnisi sami stają się nauczycielami. Mnich, z którym rozmawiałam studiuje już 14 lat i od tego czasu nie widział się ze swoja rodzina. Dopiero po 7 latach mógł do nich zadzwonić. Masakra. Zaprowadzili nas do świątyni. Piękna. Oczywiście w takim momencie mój aparat musiał umrzeć '-.-Ciekawą częścią były takie złote rolki.
Dotyka się je obracając i równoznaczne jest to z odmówieniem mantry. Mnisi to bardzo zabawni ludzie, lubią żartować, są bardzo ciekawi innych kultur. Byliśmy świadkami nie wiemy czego, mnisi siedzieli, stali w grupkach, opowiadali coś, śmiali się i głośno klaskali.
Po zwiedzeniu całej świątyni, a także jej dachu zdecydowaliśmy się na ogarnięcie miejsc na jutrzejszy shopping jako, że było już za późno. Sklepiki zamykają się tu wraz z zachodem słońca czyli około 18.
Oczywiście nie muszę wspominać co było na obiad. Oczywista oczywistość bejbis.
Wieczorem odnaleźliśmy shisha place. Praktycznie melina, poremontowa. Wchodzi sie schodami na ostatnie piętro. Wita nas otwarty taras z drugim poziomem. I jak zwykle miękkie podusie i siedzenie na ziemi. Shisha tylko 200 rupii. A w karcie tradycyjne smaki owocowe oraz kuszące: nirvana, trance, wtf. Wzięłyśmy peach, tfu, nie smakuje jak brzoskwinia. Koleś z obsługi mówi nam "Indian Peach". No tak, to wszystko tłumaczy. Rezygnujemy, zmiana na wtf. O tak, smakuje jak guma balonowa <3 O tak zchillowaliśmy sobie kilka godzin.
Do tego towarzyszyła nam muzyka odpowiadająca klimatowi miejsca: 50cent i Eminem na przemian z mocnym rave'm.
23.09,2012
W niedzielę ogarnęłyśmy się szybko, by zdążyć zakupić pamiątki i znaleźć najwcześniejszy bus.
Po dotarciu na dworzec okazało się, że busa mamy dopiero o 15. Musimy jakoś zabić 2 godziny. Powspinałyśmy się, połaziłyśmy i wylądowałyśmy spragnione w jednej restauracyjce. I zamiast Ice coffee otrzymałyśmy Colę z lodami truskawkowymi. Seriously ?
I tak znalazłyśmy się w busie i przesiedziałyśmy na tyłkach ponad 8h. That hurts! Przyjeżdżamy do Onyxu a tu się okazuje, ze likwidują nasz dom. Właściciel powiedział naszym znajomym, ze mamy się wynieść, bo Aiesec nie płacił za ten dom. Pięknie. Nasze rzeczy w rozsypce, w szafie jedno, w łazience kolejne, w walizce jeszcze inne. I teraz się spakuj. Masakra. Po początkowej panice udalo nam się. Chłopcy ze Swastik obiecali, że zajmą się naszymi rzeczami, gdy będziemy w Patiali. Przynajmniej tyle. Położyłyśmy się dopiero ok. 2 wiedząc, że musimy wstać o 5 by ogarnąć ostatecznie walizki i złapać busa do Patiali.
0 komentarze:
Prześlij komentarz