17.09.2012
Nie oczekiwałyśmy za wiele od tych zabiegów ale się miło zaskoczyłyśmy. W cenę standardowego pedicure wliczony był masaż stóp i łydek, peeling i balsamowanie, oczywiście również malowanie paznokci. Tak samo manicure - nie tylko dłonie. Dziewczyny wymasowała całe ręcę aż do ramion, balsamując. Cudowne uczucie za grosze - 450 rupii.
Wieczorem spotkałyśmy się z kochanym Jaskiratem. Zabrał nas do małej restauracji, gdzie spróbowaliśmy nowego dania, znów placek a'la chapatii i coś sosowego. Do tego wzięłam napój o smaku masali z ziarnami grochu Daal (Dhal). Orzeźwiające.
Po tym miłym spotkaniu wybraliśmy się do restauracji, by oficjalnie świętować urodziny Ranii. Very Fancy. Ekskluzywne wszystko, wystrój, kelnerzy, dania. Ceny również ;) ale warto, bo wszystko było smaczne.
W końcu odezwał się nasz manager. Jutro jesteśmy oczekiwane w Patiali, więc mamy ruszyć z rana. Tak więc po kolacji ruszyłyśmy do domu spakować się, by zebrać się wcześnie i znaleźć busa.
18.09.2012
19.09.2012
Pobudka o 7. DLACZEGO ? Nawet jak miałam zajęcia na 8.30 to nie musiałam wstawać tak wcześnie. A do tego te przyzwyczajenia z Chandigarhu gdy wstawałyśmy o 11 lub 12 w południe. Mamoooo. Do tego już od 7.30 słychać uczniów. O 8 zbieramy się na korytarzu, grupka uczniów śpiewa szkolny hymn a jeden z nich gra na keyboardzie. Potem jedna z nauczycielek oficjalnie rozpoczyna dzień witając uczniów. Czekałyśmy aż ktoś powie nam co mamy robić. Pojawiła się jedna z nauczycielek i powiedziała, że dziś bierze nas pod swoje skrzydła. Okazało się, że jest nauczycielką angielskiego. Naszym zadaniem było obserwowanie jej pracy, aklimatyzacja w środowisku szkolnym, krótka prezentacja naszych krajów i kultur oraz sprawdzanie notatek.
20.09.2012
21.09.2012
W poniedziałek byłyśmy przygotowane od rana by ruszyć do Patiali, zero odzewu od managera D. Jak cisza to nie możemy marnować czasu, więc zdecydowałyśmy zrobić coś dla siebie. Niedaleko znajduje sie salon kosmetyczny. Wybrałyśmy się na depilację, manicure i pedicure. Powitały nas miłe, uśmiechnięte dziewczyny. Poprosiły o przebranie się w specjalne stroje do zabiegów, cute :D
Nie oczekiwałyśmy za wiele od tych zabiegów ale się miło zaskoczyłyśmy. W cenę standardowego pedicure wliczony był masaż stóp i łydek, peeling i balsamowanie, oczywiście również malowanie paznokci. Tak samo manicure - nie tylko dłonie. Dziewczyny wymasowała całe ręcę aż do ramion, balsamując. Cudowne uczucie za grosze - 450 rupii.
Wieczorem spotkałyśmy się z kochanym Jaskiratem. Zabrał nas do małej restauracji, gdzie spróbowaliśmy nowego dania, znów placek a'la chapatii i coś sosowego. Do tego wzięłam napój o smaku masali z ziarnami grochu Daal (Dhal). Orzeźwiające.
Po tym miłym spotkaniu wybraliśmy się do restauracji, by oficjalnie świętować urodziny Ranii. Very Fancy. Ekskluzywne wszystko, wystrój, kelnerzy, dania. Ceny również ;) ale warto, bo wszystko było smaczne.
W końcu odezwał się nasz manager. Jutro jesteśmy oczekiwane w Patiali, więc mamy ruszyć z rana. Tak więc po kolacji ruszyłyśmy do domu spakować się, by zebrać się wcześnie i znaleźć busa.
18.09.2012
Wstałyśmy o 7 by jak najszybciej złapać busa. Nie byłyśmy pewne czy możemy wziąć go z naszej ulicy (Patiala Road - logiczne, że możemy) więc tym razem pojechałyśmy do centrum, by stamtąd faktycznie przejechać przez naszą ulicę w drodze do Patiali. Ostatecznie byłyśmy na miejscu ok.11. Na dworzec przyjechał nasz dyrektor, zawiózł nas do szkoły i tam opowiedział jakie są opcje noclegu i wyżywienia. Zdecydowałyśmy sie nocowac w szkole w pokoju przyległym do gabinetu dyrektora i kuchni.
Na lunch/obiad zostałyśmy zaproszone do starego pałacu, w którym mieszkał podobno założyciel miasta/książe. No i co mogłyśmy zamówić? Niespodzianka, oprócz paneer wzięłyśmy faszerowane grzyby i roladki warzywne.
Po powrocie do szkoły zaczęłyśmy ją ogarniać. 2 piętro + dach. Główna część + dodatkowe szkrzydło. Basen ! Takie luksusy, hohoho. Do tego skwer zieleni, na którym teraz rozstawiona jest scena.
Właśnie na tej scenie odbywają się próby do wielkiego występu, który niestety odbędzie się już po moim powrocie do domu. Uczniowie tańczą rozmaite tradycyjne tańce. Byłam totalnie zauroczona ich energią, żywiołością i niemożliwym poczuciem rytmu. Gibkość i elastyczność to ich cechy rozpoznawcze. Nawet u małych dzieciaków.
Wieczór zakończyłyśmy kolacją z naszym dyrektorem w nowo powstałym hotelu. Dyrektor okazał sie mieć 27 lat, a wygląda na 37. Do tego uważa się za światowego a żyje stereotypami i uogólnieniami. Europejczycy są bardziej wyluzowani niż inni, nie stresują sie tak bardzo, są totalnie wyzwoleni, imprezuja weekendami i koniecznie piją alkohol. Nie maja zasad w domu, robią co chcą i nie muszą słuchąc nikogo, nawet rodziców. Szkoda gadać -.-
Oh, prawie zapomniałam. Znów jedzenie! Odkryłyśmy gruby chrupiący pierożek wypełniony ziemniakami i ciecierzycą. Do tego podawany jest z cebulką i sosem curry lub też słodko kminkowym (to zależy od miejsca spożywania). Tu niestety już rozwalony i gotowy do spożycia.
Pobudka o 7. DLACZEGO ? Nawet jak miałam zajęcia na 8.30 to nie musiałam wstawać tak wcześnie. A do tego te przyzwyczajenia z Chandigarhu gdy wstawałyśmy o 11 lub 12 w południe. Mamoooo. Do tego już od 7.30 słychać uczniów. O 8 zbieramy się na korytarzu, grupka uczniów śpiewa szkolny hymn a jeden z nich gra na keyboardzie. Potem jedna z nauczycielek oficjalnie rozpoczyna dzień witając uczniów. Czekałyśmy aż ktoś powie nam co mamy robić. Pojawiła się jedna z nauczycielek i powiedziała, że dziś bierze nas pod swoje skrzydła. Okazało się, że jest nauczycielką angielskiego. Naszym zadaniem było obserwowanie jej pracy, aklimatyzacja w środowisku szkolnym, krótka prezentacja naszych krajów i kultur oraz sprawdzanie notatek.
Na szczęście miałyśmy przerwę w międzyczasie, bo nie wytrzymałybyśmy od 8 do 14. Jako lunch wybrałyśmy kulfi. W sklepie, w którym byłyśmy dostępny był tylko jeden rodzaj - migdałowe. Cudowne.
Po szkole wybrałyśmy się na porządne jedzenie. Szukanie odpowiedniej miejscówki trochę nam zajęło. Musiałyśmy ogarnąć miasto, okolice wokół naszej szkoły. Hallelujah. Znalazłyśmy miejsce, które wyglądało zachęcająco. I bardzo dobrze trafiłyśmy. Radwa została przy wyborze samosy, ja natomiast wybrałam klopsik ze zmielonych warzyw w chrupiącym cieście oraz panner w panierce i wszystko oczywiście w głębokim tłuszczu.
20.09.2012
Ta sama struktura dnia, rutyna. Inna nauczycielka ale również sprawdzanie zeszytów, krótka prezentacja naszych krajów. Podczas przerwy wyskoczenie po słodycze. Tym razem coś jakby sernik z migdałami w słodkim mlecznym sosie.
Po powrocie dalej przedstawiałyśmy swoje kraje i kultury. Co klasa to inne podejście do nas. Jedni są bardzo zainteresowani ale się wstydzą zapytać. Inni są spokojni i kulturalnie ale odważnie zadają pytania. Inni przekrzykują się i chyba żartują sobie z nas w Hindi. Jeszcze inni wyglądają na mało zainteresowanych. I najczęstsze pytania to "What's your national: bird, animal, flower, dance ?"
I oczywiście prośba "Can you sing for us in your language". No właśnie. Ja i śpiewanie. Ale Indie to Indie i zmieniają człowieka. Tak, tak, odważyłam się zaśpiewać publicznie (liczba ponad 40 osób to jednak publika). Wybrałam "Szła dzieweczka do laseczka" ponieważ mniej więcej znam słowa a i melodia jest całkiem przyjemna. Tak więc zaszczyciłam młodzież swoim śpiewem :D
Resztę dnia poświęciłyśmy na łażenie po mieście i planowanie jutrzejszej wycieczki. Okazało się, że praktycznie wszyscy mieszkający w Chandigarze zazdroszczą nam czystej łazienki, czystego pokoju i sprawnej lodówki.
21.09.2012
Piątek upłynął nam podobnie,.znów prezentacja i notatki. Jedyną zmianą była osoba nauczycielki. Ta akurat chciała abyśmy poprowadziły całą lekcję, zajęły cały czas. Cóż, rozbudowałyśmy swoje prezentacje o kilka punktów a potem zdałyśmy się na dzieciaki, które akurat tego dnia bardzo chętnie zadawały pytania.
A ja tego dnia postarałam się napisać kilka słów w hindi. Niestety, efekty tego dość mierne.
Gdy spakowane zbierałyśmy się na skonsumowanie czegoś zadzwonił jeden z Aiesecerów mówiąc żebyśmy poczekały na dworcu na dwie inne dziewczyny z Patiali, które jadą do Chandigarhu i zatrzymają się na noc lvb dwie w Onyxie. Yhh, pięknie. I tak musiałyśmy zmarnować godzinę.
W międzyczasie skonsumowałyśmy kolejne słodycze.
W końcu po dotarciu na miejsce i pokazaniu dziewczynom miejscówki ruszyłyśmy na kolejną konsumpcję i prędko do Sectora 43. Reszta już na nas czekała. Celem naszej wyprawy była tym razem Dharamshala. Miejscowość ta znana jest z tego, że mieszka tam Dalai Lama.
Jechaliśmy w trochę lepszych warunkach niż zwykle, bo wzięliśmy bus z AC. Powodem było to, że droga do Dharamshali jest bardzo wąska i wyboista. A bus AC lepiej sprawuje się na drodze niż totalnie lokalny bez niczego. Aż tak nie śmierdziało, a siedzenia nie lepiły się jak zwykle ;) za to i tak nieźle podskakiwaliśmy na nierównej powierzchni. Atrakcji specjalnych tym razem nie było, ale może to i lepiej.
0 komentarze:
Prześlij komentarz